1. Moja Italia: Dolina Aosty

Kto mnie zna, ten wie, że to we Włoszech szybciej bije moje serce. To tam odpoczywam i nabieram potrzebnego dystansu, by po powrocie docenić otaczającą mnie rzeczywistość, ucieszyć się nowymi możliwościami, jakie życie stawia przede mną i uczyć się kochać siebie. Za nic.

To właśnie tam, trzy lata temu, udałam się w podróż po samą siebie. Po marzenia, po życie w pełni, po wolność od paraliżującego strachu, dając sobie przestrzeń do zmian i do rozwoju. Inwestycja w siebie od której zaczęły się wszystkie zmiany na lepsze. Leciałam pierwszy raz samolotem. Sama. I to na dwa miesiące. Leciałam do rodziny, której dziećmi miałam się opiekować i którą widziałam tylko na zdjęciu. Dolina Aosty pozwoliła mi przekonać się o tym, że życie w swojej własnej strefie komfortu jest bardzo wygodne i bezproblemowe (nie trzeba się niczym martwić), ale to poza nią doświadcza się prawdziwego szczęścia. Filozofia “nie wychylam się, więc nie narażam się na negatywne emocje” jest prosta. Przy okazji pozbawia nas też marzeń, jednak o tym się już głośno nie mówi.

W tym roku miałam okazję powrócić do tego symbolicznego dla mnie miejsca we Włoszech – Doliny Aosty. Najmniejszego włoskiego regionu o statusie specjalnym, w którym językiem urzędowym obok włoskiego jest też francuski. Kiedy szłam wąskimi uliczkami i mijałam, siedzących na ławeczce staruszków, komentujących między sobą ostatnie polityczne akrobacje, miałam okazję posłuchać też dialektu patois (patoué valdotèn).

Włochów, bez wątpienia, zaliczyłabym do jednych z najbardziej “slow” żyjących narodów. Kiedy jestem w Polsce łapię się na tym, że zaczyna mi brakować tych długich obiadów przy stole połączonych z rozmowami, przepysznego jedzenia i jednodniowych wycieczek w ciekawe miejsca. Podziwiam ich za to, jak wielką uwagę przywiązują do spotkań i do relacji. I do dobrego jedzenia! Mój znajomy, Polak, który od czasu do czasu jeździ do Italii na miesiąc lub dwa, nie może się nadziwić za każdym razem kiedy odbiera telefon od włoskich znajomych. Pytają o dwie rzeczy: z kim się spotkałeś i co jadłeś.

Włosi naprawdę mają to we krwi. Po prostu zawsze znajdą czas na szybkie aperitivo z przyjacielem, by wymienić się najświeższymi nowinkami. To co zazwyczaj dziwi, to fakt, że są to spontaniczne spotkania w stylu: za 10 minut w barze. Nie ma żadnego: dzisiaj nie mogę, bo mam siłownię, jogę i kurs spawania, ale jutro mam okienko między basenem, a kursem robienia past twarogowych. To co się w życiu naprawdę liczy to relacje. I jestem wdzięczna, że mogę się tego od nich uczyć.

Myślę, że miałam też wiele szczęścia, że trafiłam do rodziny zakochanej w grach planszowych, górskich wędrówkach i z domem bez stałego łącza internetowego (!), ale za to o kilkusetletniej historii. To właśnie ona pokazała mi, że życie slow jest możliwe nawet dzisiaj.

Czułam się jak Heidi i z naiwnością małej dziewczynki szukałam fioletowej krowy Milki. 😉 Świstaki widziałam, ale niczego nie zawijały w sreberka. No cóż. Może następnym razem. Bajka. I to w dodatku moja własna.

W tym roku jednak mniej odczułam zmiany na poziomie wizualnym, a bardziej te wewnętrzne. Wiedziałam gdzie jadę i do kogo, czego się spodziewać i jak piękne krajobrazy będą mnie otaczać w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Czekałam na to. Ale prawdziwe zmiany zaszły w środku. Uczyłam się cierpliwości do dzieci i do siebie samej. Kiedy czułam, że mam gorszy dzień, odpuszczałam: zabawy były mniej intensywne, chodziłyśmy wtedy na spacery, albo ćwiczyłyśmy czytanie zamiast iść w kreatywne aktywności. Świadomie wyłapywałam rodzące się w głowie negatywne emocje i szybko przełączałam myślenie na tryb wdzięczność. Ćwiczyłam też pewność siebie, zagadując do pań w lokalnej bibliotece, czy ludzi czekających razem ze mną na autobus, który się spóźniał. I to 45 minut.

Odpoczywałam chodząc po górach i czytając książki. Uczyłam się gotować, wychodzić z domu bez telefonu i… nie robić zdjęć. Mam ich więc bardzo mało, ale wystarczająco, by podzielić się moimi włoskimi przygodami i ciekawymi miejscami do odwiedzenia.

Zapraszam serdecznie na wpisy z tej serii i życzę Wam naprawdę dobrego dnia!

5 thoughts on “1. Moja Italia: Dolina Aosty

  1. Tym razem nadaję z lotniska w Kopenhadze. Trafiłam na mały zaciszny kącik, gdzie w tle leci spokojna muzyka. Idealnie. 💛
    Strasznie cieszę się na te Twoje włoskie przygody; tego, jak bardzo się tam odnajdujesz i ile radości Ci to przynosi, nawet jeśli czasami bywa zdecydowanie nieperfekcyjnie. ❤️ I tego, że naprawdę możesz się w tą włoskość wtopić – gdy zaczynałam prostym “Hej!” już po samym akcencie tego słowa od razu rozpoznawali, żem nietutejsza i przechodzili na angielski. Eh! 😜
    Z tymi zdjęciami to zauważyłam, że im mniej ich robię, tym łatwiej jest później coś wybrać do wklejenia do dziennika. Niby oczywiste, ale z drugiej strony często po powrocie do domu okazuje się, że zdjęcie jest poruszone, niewyraźne, jakiś pan z wielkim brzuchem wszedł w sam środek kadru. Ale to jest super, bo takie właśnie jest życie. I to uczy pokory, nie wszystko zawsze musi być idealne. 💛

    1. Jest dokładnie tak, jak mówisz. Dla mnie to też wielki przywilej, że mogę się “wtapiać”, jak to ładnie nazwałaś. Na temat zdjęć do dziennika się nie wypowiadam, bo mimo wszystko ciężko wybrać te najlepsze… Poza tym w ciągu dwóch miesięcy, mimo wszystko, uzbierało się ich trochę – takich wiesz… “moich”, których nikomu nie pokażę i które są dla mnie niesamowicie ważne, a wiem, że większość by ich nie zrozumiała. No nic. Muszę się w końcu wziąć za selekcję i drukowanie. 🙂

  2. Patrzę na ten wpis, oglądam zdjęcia, śledzę każde słowo i mówię “Ale to jest cudowne”. Czuję słońce, które grzeje i ogrzewa najmocniej jak potrafi. Czuję zapach górskiego wiatru. Czuję ludzi, którzy są sympatyczni. Dziękuję, że o tym opowiadasz. Dzięki temu można zobaczyć zupełnie inną odsłonę życia w tym kraju 😘

    1. Cieszę się bardzo, że Ci się podoba, eM! Dla mnie to ogromna radość móc o tym wszystkim opowiadać, dzielić się. Uściski. 🙂

Comments are closed.