Prostota? To nie takie proste.

Już od dobrych kilku miesięcy dużo myślę o prostocie. O tym czym ona jest, co mi wystarcza, a co jest biegiem za jakimś bliżej nieokreślonym (i najczęściej chwilowym) chciejstwem. Gdzie jest granica między potrzebą, a zachcianką? I w którym momencie uciszam moje “ja”, by dać głos zbiorowemu “my”. Bo tak wszyscy robią, bo zawsze tak było, bo to jest teraz modne. Gdzie zaczyna się autentyczna, prawdziwa Edyta.

Prostota w relacji.

Łapię się na tym, że czekam aż modnym będzie spotkanie z drugim człowiekiem, wysłuchanie go do reszty. Aż pojawi się zadziwienie nad kubkiem z herbatą i nad tym, jak o niebo lepiej smakuje wypita z kimś; nad prawdą, że potrzebujemy siebie nawzajem by być. I że to oszustwo wmawiać sobie, że komunikatory wystarczą, że rozmowa przez telefon to to samo, co ta w cztery oczy.

Człowiek wyizolowany – ginie. A przynajmniej ginę ja. Codzienność matowieje, kolory na siebie nachodzą w jakiś dziwny, złowrogi sposób. I paradoksalnie nie pomaga wymiana wiadomości, nie pomaga kontakt na odległość, choć wiem, że kryje się za nim drugi człowiek. Ta pełnia spotkania, którego wielokrotnie brakuje, jest dla mnie osiągalna tylko w sposób namacalny, rzeczywisty. Kiedy komuś zaparzę kawy, kiedy kupię coś słodkiego i patrząc sobie w oczy podzielimy się sobą, tym co jest w nas, co jest prawdziwe, a nie przykryte dyplomatycznym “wszystko w porządku”. Tylko wtedy ma to dla mnie wartość. Tylko wtedy przenika na wskroś i przemienia. Wielokrotnie wymaga decyzji i rezygnacji z siebie, ze swoich planów i oczekiwań.

Nie chcę się godzić na półśrodki. Na wiadomości o niczym. Na brak zaangażowania. Na wiadomości wymieniane w tak zwanym międzyczasie. Na brak rzeczywistego kontaktu i wymiany myśli, bo widzę, że potrzeba niewiele, albo tylko jednego. Być i się wsłuchać. I choć prostym jest wystukać kilka słów na klawiaturze komputera czy telefonu, to zdecydowanie trudniej unieść prawdę, jak bardzo przestaje to wystarczać. To co proste, w dzisiejszej rzeczywistości staje się trudne.

Coraz częściej doświadczam oczyszczającego stawania w prawdzie przed sobą i przed innymi; przyznawania się, że nie daję rady, że gdzieś zawaliłam, że potrzebuję z kimś pobyć, że przyszłam przeprosić i podziękować, za jeszcze jedną szansę. I choć jest w tym wiele zmagania, to widzę w tym prostotę. Widzę klarowność, autentyczność, prawdę. Wiem, co trzeba zrobić i że czasami trudne jest tylko dojście do prostoty, a nie prostota sama w sobie.

Prostota codzienności.

Czasami wracam myślami do czasu różnych rekolekcji. Do kawałka chleba z dżemem i do kubka herbaty. I do zadziwienia nad prawdą, że to wystarcza. Prostota codzienności to właśnie podążanie za tym co niezbędne. I radość z tego co mam, a nie z tego co mogę mieć, albo z tego co mieć powinnam.

Szukam czasu na dobrą książkę, na spacer, na godzinę na basenie. Szukam czasu na równowagę. Nie chcę żyć przeszłością. Ani tym bardziej przyszłością, ale tym co tu i teraz jest dla mnie; tym co mogę zrobić, albo co z siebie dać.

Najpiękniejsze chwile w moim życiu to właśnie te proste chwile. Leczo przygotowane przez tatę i zjedzone przy małym stole w kuchni, Muminki oglądane z młodszą siostrą, wyjście w góry i pokonywanie swoich ograniczeń, świstak wypatrzony w oddali, dobry kryminał czytany przy akompaniamencie deszczu za oknem. Spontaniczna kawa i lody z przyjacielem czy telefon z zaproszeniem na spotkanie. Fakt, że uczę się włoskiego i mogę uczyć też kogoś. Zadziwia ta prosta, codzienna rzeczywistość.

To jest największy cud i tajemnica. Że przyjaciółka zaprosiła mnie na spacer. Że mogę kupić dwa pączki i zjeść je z drugim człowiekiem rozmawiając o naszych przeżyciach i o doświadczeniu Boga, który jest, był i który przychodzi. Że wystarczy mi kartka papieru i długopis, że nie potrzebuję mediów społecznościowych. Że przez większość czasu płynę z jakimś dziwnym prądem, na który nie czuję wewnętrznej zgody. Że mam dość dostosowywania się, że jest mi niedobrze na myśl o “ludziach internetu”, którzy nagle znają się na wszystkim i mówią mi jak budować relacje, nie biorąc pod uwagę różnic w ich przeżywaniu. Że mam głowę pełną jakiegoś społecznościowego chaosu i nie mogę się go pozbyć. Cały czas słyszę w myślach co mam robić i jak się zachować, by nie odstawać za bardzo.

Nie cierpię tego. Nie cierpię siebie, która nie zatrzymuje się na słowa bezdomnego z prośbą o parę groszy. Nie znoszę tej letniej Edyty, która jest we mnie, tej obłudy wynikającej z modlitwy i ze słuchania Słowa, ale nie wcielania Go w życie. Boli mnie fakt niewchodzenia w rzeczywistość trudną, jakiej doświadczam i strach przed konfrontacją. Tego, że nie zatrzymuję się przy człowieku, który prosząc o pieniądze, prosi o Miłość. I najczęściej jest to Miłość, którą ja dostaję za darmo, ale nie potrafię podać jej dalej.

Czekam z niecierpliwością, aż nauczę się kochać. I nikogo nie oszczędzę.

2 thoughts on “Prostota? To nie takie proste.

  1. Czy można czuć to przyjemne ciepło na sercu wraz z wyrastającym na twarzy uśmiechem, a jednocześnie taką konsternację, niepokój wywołany dzieleniem tych samych obaw? Jejku, zawsze wiesz, w jaką uderzyć strunę w sercu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *