Co było gorzkie stało się słodkie – o Franciszkowym prowadzeniu

Siedziałam kiedyś w małym pokoju i usłyszałam: Edyta, zobacz, że to co oferuje dzisiejszy świat na początku jest bardzo przyjemne, ale później staje się gorzkie. Ta rozmowa została we mnie na długo, bo całkowicie odmieniła moje spojrzenie na świat.

Czy to nie jest prawda? – myślałam, odnosząc się do swojego życia. Chwila przyjemności, a później gorzki smak osamotnienia po relacjach, w które wchodzimy, by się zaleczyć; gorzki smak niezrozumienia i odrzucenia, kiedy staramy się udowodnić, że jesteśmy kimś, że możemy wszystko, że zasługujemy na pracę, na to by nas lubiano i by chciano mieć z nami do czynienia. I wreszcie gorzki smak przekonania, że musimy za wszelką cenę dążyć do wygładzania powierzchni naszego życia, tak, by zniknęły kryzysy, gorsze chwile, jakieś momenty smutku, który pojawia się i uparcie nie znika. Wiele z tych wydarzeń poprzedzonych było byciem na fali, ekscytacją, pozytywnymi emocjami, myśleniem i przekonaniem, że mogę wszystko i kiedy tylko mi się podoba, bo mam potencjał.

A może w chrześcijaństwie jest na odwrót?

Dzisiaj czytam słowa człowieka, który żył 800 lat temu i z zadziwieniem odkrywam i przyjmuję jego prawdę jako swoją, bo widzę, że realizuje się w moim życiu. Mogę jej dotknąć. Słowa Franciszka odbiły się echem w moim sercu w tamtej rozmowie. Takiej zwykłej. Przy drewnianym stole, przy filiżance z herbatą i w kurtce, bo zimno. P r o s t o t a tamtej chwili i proste życie biedaczyny z Asyżu, które przyprowadziły mnie na spotkanie z Tym, który zachęca: świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty.

Kiedy przez ostatnie tygodnie szukałam pracy i nie mogłam jej znaleźć, mocno doświadczyłam tego gorzkiego smaku codzienności. Wejście do świata, w którym trzeba było udowodnić, że jest się kimś było bardzo trudne. Jakby z rozpędu chciałam w tę nową rzeczywistość wejść sama. Panie Boże, Ty stój z boku, a ja tu będę się wykazywać swoimi zdolnościami i talentami. Pierwszy etap rekrutacyjny do znanej korporacji przebiegł pomyślnie. Odetchnęłam z ulgą i wiedziałam, że kolejny będzie tylko formalnością. Nie sądziłam jednak, że będzie to formalność, która w tak brutalny sposób pozbawi mnie złudzeń.

Okazało się, że wcale nie jestem w tym dobra, że nie nadaję się do tej pracy, że mój angielski swoje lata świetności ma daleko za sobą i że nie znam podstawowych pojęć z dziedziny ekonomii tak dobrze, jak myślałam. Sporo przepłakałam – nawet nie z powodu tej szansy, którą nie dane mi było wykorzystać, co z powodu nałożonego na siebie ciężaru i pragnienia udowodnienia innym, że jestem wartościowa. Poszłam w ciemno za tymi głosami zapewniającymi mnie, że jestem utalentowana i mam potencjał. Może to prawda, ale nie daje mi to monopolu na każdy życiowy sukces.

Wieczorem jednak, wzruszona prostotą i zachętą: zanim poprosisz Boga, uklęknij, aby On był w twojej myśli – stanęłam w prawdzie. Czułam, że jeśli dalej mam nie mieć pracy, to ja w ten trud chcę szczerze i świadomie wejść. Ze wszystkimi konsekwencjami. Nie chcę, ale pójdę, bo doświadczyłam tam s p o t k a n i a z Bogiem, który chce mi błogosławić. Poczułam się w tym wszystkim autentyczna. Byłam świadoma tego, jak ciężko mi będzie i czułam w sercu gotowość na ten ciężar. Spotkanie na poziomie krzyża. To co gorzkie, stało mi się słodkie. A w sercu wolność człowieka, który nic nie ma, a jednocześnie ma wszystko.

“To jest, czego chcę, to jest czego szukam, to całym sercem pragnę czynić”

Przez całą tę drogę spotykania Pana Boga na poziomie krzyża przeprowadza mnie od kilku lat właśnie św. Franciszek z Asyżu – w swoich słowach i braciach. Cieszę się Jego dzisiejszym świętem, pijąc pyszną włoską kawę i czasami jeszcze nie dowierzając, że jego duchowość jest w mojej codzienności tak bardzo obecna.