Miłość (przy)chodzi po wodzie

Są w moim życiu pewne stałe. Na przykład świadomość tego, gdzie są moje źródła; świadomość przynależności do Tego, który mnie sobie wymyślił, który postanowił, że będę miała zielone oczy, a latem będą mi się pojawiać piegi na buzi. Że będę często się wzruszać na widok starszych osób, że będę cicha i nieco wycofana i że na świat będę patrzeć bardziej emocjonalnie niż racjonalnie. Że będę kupować górskie buty o rozmiarze 39 i kiepsko radzić sobie z cierpliwością. I że prawdopodobnie przez całe życie nie znajdę dla siebie skutecznego sposobu na walkę ze stresem. Że będę po cichu marzyć o dwóch kubkach wyciąganych z szafki co rano i o przegadanych wspólnie nocach.

Że z biegiem lat odkryję, jak bardzo domem jest mi Jego Kościół. Że do tego Kościoła będę tęsknić z każdym kryzysem, jaki pojawi się w moim życiu i że to tam będę mogę głowę położyć na Sercu wszechświata i odpocząć. To tam wsłuchana w jego miarowe bicie będę sobie przypominać, że już nie nazywa mnie sługą, ale przyjacielem. To tam przeszyją mnie na wskroś słowa świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty. I to właśnie on stanie mi się przestrzenią budowania relacji i serdecznych więzi. I wreszcie – że zrozumiem, że to tam, w wodach chrztu, narodziłam się i będę ciągle rodzić do nowego życia i coraz to nowych sposobów kochania tych, których zechce mi dać.

I choć prawdą jest, że przez ostatnie lata widzę to pełniej, a Jego obecność przede wszystkim w Słowie jest mi coraz bliższa, to nie ulegam już iluzji idealnego życia. Idealnej Edyty. Jestem. Jak ziemia, brudna, ale rodząca owoce. I takie też jest moje życie. Czasami mi w nim ciemno, innym razem ciszę przerywa jeden szept o miłości. I już wiem, że dla tego szeptu przejdę przez każdą burzę.

Bóg nie jest ze mną tylko wtedy, kiedy Mu świadomie próbuję wypięknieć. Nie przychodzi tylko w środy i w piątki, albo nie planuje obecności na weekend. Jest w każdej chwili, bo przecież gdyby tak nie było to by nie istniała. Jest w moim gorączkowym szukaniu kluczy, w długim spacerze nad Wisłą i w uważnym spojrzeniu człowieka idącego obok. Jest w cichym płaczu w poduszkę i w niezadowoleniu, bo skończyła się kawa. W niespodziewanym telefonie od siostry i godzinach pracy, które dłużą się w nieskończoność.

Ostatnie dni przyniosły refleksję na pozór nie zmieniającą niczego, a tak naprawdę zmieniającą wszystko. W małym kościele na Loretańskiej, w ciszy i półmroku dotarło do mnie, że jestem w łodzi. W Kościele. A moje emocje, wszystkie spotkania i wydarzenia. Wszystkie wątpliwości, obawy i zagubienia – wodą, moim osobistym morzem. I to po nim właśnie Pan Bóg do mnie idzie. To właśnie ta moja codzienna historia, moje wybory i zniecierpliwienia są miejscem, dzięki któremu doświadczam Jego obecności. To wszystko nie jest po nic. Jest po wszystko. Po czułe spotkania. Po serdeczną więź i zadziwienie, bo kim jest człowiek, że o nim pamiętasz?

Miłość przychodzi po wodzie.