O czym marzysz, Jezu, patrząc na mnie?

Tegoroczny Wielki Post to też Wielka Pustynia. Brak emocji, zmęczenie, zagłuszanie ciszy, uciekanie przed osamotnieniem, momenty takiej wewnętrznej pustyni. Wydawać by się mogło – nic nie ma we mnie. Pustynia. I okazuje się, że faktycznie nie ma, że jeśli przyjrzę się sobie z bliska, jeśli zajrzę do środka, to nie znajdę tam żadnego źródła. Nie jestem dla siebie źródłem. Sama się nie wypełnię.

Moje źródła są w Tym, który mnie stworzył. Z nicości właśnie. Wydawać by się mogło, że nie ma nic poza tym kruchym bytem – Edytą. A jest poza nim wszystko – pełnia miłości; źródło tryskające ku życiu wiecznemu.

Kiedy siadam w ciszy i już przed nią nie uciekam, to czuję, że ta miłość, która 26 lat temu powołała mnie do życia, się we mnie przelewa. I że wystarczy jej też dla innych; że chcę się uczyć serdecznych relacji, chcę pytać Boga, co jest takiego we mnie co nie zawsze pozwala mi je tworzyć i błagać o to by potrafić być przezroczystą, mieć spojrzenie, które będzie ludziom odbijać ich wartość.

Jeśli dociera do mnie ogrom tej przewalającej się przez moje życie miłości, to pojawia się też usprawiedliwienie. Widzę moją historię życia jako świętą, bo zauważam, jak bardzo Pan Bóg w niej działał. Dostrzegam zatem usprawiedliwienie dla innych i być może przede wszystkim dla mnie samej. Dzięki temu moja historia życia i konsekwencje wydarzeń, w które wchodziłam, nie ciążą aż tak bardzo. Jego Miłość w moim sercu ma taką moc sprawczą, że słowa innych, którzy nic o tej historii nie wiedzą, nie ranią tak mocno, nie docierają do mojej jaźni, do serca. Wiem kim jestem, wiem gdzie i do Kogo idę, ale wiem też gdzie byłam i z czego mnie wyciągał. Wiem, że jestem brudną ziemią, ale wiem też, że daję owoce.

W Jezusie Bóg przyszedł, aby odszukać nas w miejscach, w których się zagubiliśmy; w Nim przyszedł podnieść nas z upadków; w Nim wypłakał nasze łzy i uleczył nasze rany; w Nim pobłogosławił nasze życie na zawsze.

Papież Franciszek

W tym Wielkim Poście Jezus staje się szczególnie bliski. Przychodzi w trudnych wydarzeniach, w jeszcze trudniejszych rozmowach, w sytuacjach z których chciałoby się uciec, lub po cichu prosi się by znalazło się ramię, które osłoni przed słowami.

A później przychodzi wieczór i te słowa papieża Franciszka sprawiają, że podnoszę głowę, bo mam w sobie pewność błogosławieństwa, które w Jezusie umęczonym, staje się właśnie do bólu prawdziwe. Wobec tej Prawdy o mojej godności i wartości, dla których On, jako moje Zbawienie, zawiśnie na drzewie krzyża mogę tylko uklęknąć.

O czym marzysz, Jezu, patrząc na mnie? – pytam zatem, odkąd tylko weszliśmy w ten szczególny czas prostowania Mu ścieżek.

Zamykam oczy i widzę szczęśliwe życie. Widzę dobrą pracę, która mnie do Niego zbliża. Widzę piękne przyjaźnie, które nawiążę we Wspólnocie i nie tylko. Widzę te wszystkie spotkania z Bogiem w sakramencie Przebaczenia, które mnie rozczulą do łez, bo po raz kolejny uwierzę i zobaczę Miłość Chrystusa, objawiającą się dla mnie w Kościele. Widzę te wszystkie wypady w góry i na kajaki z mężczyzną, o którym opowiadam już od jakiegoś czasu św. Józefowi. Widzę babskie wieczory z siostrami, wspólne grillowanie z rodzicami. Widzę Franciszkowe prowadzenie do bezdomnych i moje serce, które już się tego nie boi. Widzę poranki spędzone na robieniu kawy i wyciąganiu z szafki dwóch kubków, już nie jednego. Widzę i czuję to przekonanie, które będzie we mnie w dniu ślubu, że z tobą mężu to na dobre, na niedobre i na litość boską, jak to mawiała Szymborska; że jeśli cię wybiorę i dostanę z Góry zielone światło, to przejdę dla ciebie każde morze. I wreszcie – widzę dom i rodzinę, którą stworzę i która będzie zamieniać się w drabinę do Nieba. Marzę po cichu o świętości. Swojej i mojej rodziny.

Bo Pan Bóg, w Jezusie Chrystusie nam na zawsze pobłogosławił. Śmierć nad nami nie ma już władzy.