Potrzeby chlebowe

Pierwszy raz usłyszałam o nich jakiś rok temu, kiedy w ciepły wieczór wyszłam do ogrodu by spędzić trochę czasu z ks. Grzywoczem w słuchawkach. Chciałam się zatrzymać nad życiem, stworzyć sobie przestrzeń do spokoju i refleksji – czy umiem być bardziej? czy potrafię i mogę dawać więcej? I wtedy właśnie, między jednym pytaniem, a drugim padło to określenie: potrzeby chlebowe. Potrzeby, bez których spełnienia człowiek nie może się rozwijać. Bez pokarmu – umrze. Bez spełnienia tych potrzeb, które są, jak chleb – codzienne, powszednie- nie rozwinie się.

Zauważyłam, że są to często zwykłe, codzienne, czułe gesty, którymi bardzo łatwo manipulować. Nie spełniłeś moich oczekiwań, to za karę cię nie przytulę. Nie spodobało mi się co powiedziałaś, więc nie będę patrzeć ci w oczy, nie będę zwracać na ciebie uwagi. I jest to tym straszniejsze im bardziej człowiek zaczyna zauważać, że tak właśnie się zachowuje, że to sposób na posiadanie kontroli. Szczególnie wobec bliskich. Spędzisz ze mną trochę czasu? Jak zrobisz to i to. Warunki. Transakcje, w których płaci się błyszczącą i cenną kartą kredytową potrzeb chlebowych. Waluta, której brak najmocniej odczuję w kontakcie z drugim człowiekiem.

Wiele razy zdarzało mi się też milczeć, gdy widziałam jak bardzo ktoś potrzebuje mojego wyjaśnienia, paru słów podczas drobnej kłótni czy nieporozumienia. Odmawiać tej potrzeby chlebowej rozmowy i wyjaśnienia. W dobie mediów społecznościowych i komunikatorów, to jedna z potężniejszych broni, by wygrać bitwę o swoją pozycję w danej relacji. Wiem, jak bardzo wtedy boli zwykłe milczenie i że zabiera się nim pokarm i życie – a mimo to wymierzam karę za swoją krzywdę uderzając właśnie w tę delikatną potrzebę bliskości i dialogu.

Choć znam swoje potrzeby, to stałam się też wyczulona na to, by odpowiadać na te, które mają ludzie, otaczający mnie na co dzień. Ćwiczę uważne spojrzenie, pracuję nad umiejętnością słuchania, kiedy intuicyjnie wyczuwam, że podczas konkretnego spotkania, ktoś ma większą potrzebę wygadania się niż moja.

Zauważam moje manipulacje i uczę się przychodzić do młodszej siostry i mówić, że mi się coś nie spodobało w jej zachowaniu, ale moja miłość jest stała. I ją przytulić. Albo wyjaśniać przyjacielowi, że mam gorszy dzień i że nic złego nie zrobił, a moje raniące słowa to desperacka próba uchronienia własnego ego. Co więcej, nawet na modlitwie zdarza mi się solidnie rozpłakać nad własnymi próbami posiadania kontroli nawet nad tą relacją. Kiedy dociera do mnie, że w niej też jestem często dla korzyści. Że nie potrafię Bogu poświęcić czasu, jeśli sama tego nie potrzebuję. Trudne, ale to prawda o mnie na dzisiaj, na 17 lutego 2021 roku. Na początek Wielkiego Postu.

Mój plan na ten szczególny czas jest prosty – być w nim. Z całym ubóstwem, które tak mocno dzisiaj czuję. Być w tym moim nieidealnym życiu, jeszcze bardziej nieidealnej pracy oraz uczyć się kochać moim nieidealnym sercem. I w pokorze przyjmować, że to ciągle to samo serce, które wymarzył sobie Pan Bóg.

I wszystkie te moje pragnienia by słuchać Jego słowa, nie swojego; by pozwalać, aby to Pan Bóg mi pokazywał trudną prawdę o mnie i próbować ją przyjmować na tyle, na ile będę umieć; by być autentyczną i skupiać się bardziej na dawaniu – czasu, umiejętności; na traceniu dla kogoś, zwłaszcza wtedy, kiedy jest to ostatnia rzecz na jaką mam ochotę; by uczyć się być w relacjach z ludźmi bez oczekiwań, bez korzyści… będą się wydarzać wtedy, kiedy wraz z codzienną modlitwą Ojcze nasz będę ustępować Mu miejsca, które ostatnio zbyt łatwo przychodzi mi zajmować.

Kiedy dotrze, że troska o potrzeby chlebowe ludzi, których mi daje jest moim zadaniem i ogromną tajemnicą, zrozumiem w pełni prawdę, że chleba naszego powszedniego da nam dzisiaj. Ona mnie dotknie, przemieni i co najważniejsze – nakarmi.