Niech mi wystarczy

Dawno mnie tutaj nie było. Śmiem nawet twierdzić, że trochę zapomniałam, jak to jest dzielić się Spotkaniem. Co trzeba powiedzieć, co podkreślić, jak znaleźć proste słowa i jak nie bać się tego, że prawda się obroni, że nie trzeba jej pakować w piękne, kwieciste zdania i dobrze zareklamować, byście uwierzyli. Piłam nieśpiesznie przedpołudniową kawę i poczułam nagle, że nie musicie uwierzyć, że to nie jest moje zadanie, by was do Niego przekonać. Do Niego i do tego, że naprawdę chce nas spotykać w prostocie i ubóstwie codziennych zmagań. Uśmiech. Rozluźnione ramiona. Opowiem Wam zatem dzisiaj, jak mnie spotkał w tych ostatnich dniach. I jeśli będzie to niewiarygodne, to chociaż w najmniejszym stopniu niech będzie godne Jego i tej Miłości, którą spotykam w tej mojej krakowskiej rzeczywistości.

Stawiam więc słowo po słowie. Są to słowa doświadczone w ostatnim czasie i to zazwyczaj wtedy, kiedy przestawałam wierzyć w to, że przyjdzie; że mnie znajdzie lub co więcej, że będzie wiedział gdzie mnie szukać, po tak długim czasie mojego ukrywania się w pracy, w relacjach, w nicnierobieniu, w lenistwie.

Przyznam szczerze, że bardzo niewygodnie jest oglądać swój egoizm w obliczu drugiego człowieka. Narasta on do niebotycznych rozmiarów i później nawet nie ma już go jak ukryć. Żyjąc samemu, aż tak bardzo nie uwiera. W relacji, natomiast, można go sobie pooglądać i to jeszcze w powiększeniu. Spojrzenie drugiego, jest bezlitosnym lustrem. Prawda o mojej nieumiejętności kochania sprawiła, że bardzo się zamknęłam w sobie, wybiegłam na pustynię i jeszcze krzyknęłam dobitnie za sobą: zostawcie mnie wszyscy w spokoju. Mijał dzień za dniem i aż chciałoby się skwitować ten czas słowami: ale co to za życie? Czasami rzucałam spojrzenie tajemniczo zmieszane z nadzieją, na powieszone nad łóżkiem słowa: Ja sam będę szukał mych owiec (Ez 34, 11). Totalny chaos wnętrza, szamoczące się serce. Z jednej strony prawda: nie potrafię kochać; a z drugiej brak wiedzy jak się tej miłości nauczyć. I wtedy wchodzi On, cały na biało… A nie! Wróć. Jednak nie. Jednak trzeba mi było przeżyć w tych trudnych emocjach jeszcze dwa tygodnie.

Dzięki Bogu, już sama świadomość wiele daje. W samotności próbowałam się z tej nieumiejętności wykopać. Niestety z dość marnym skutkiem. Chrześcijaństwo, na szczęście jest duchowością spotkania. Najpierw spotkałam się z Bogiem na Eucharystii, na której usłyszałam te same słowa: Oto Ja sam będę szukał mych owiec… Pierwsze szarpnięcie za strunę wnętrza. Potem spotkałam się z drugim człowiekiem zamieniając kilka pełnych życzliwości słów w drodze do spowiedzi. Drugie szarpnięcie. Potem w sakramencie pojednania usłyszałam, że za Bogiem się chodzi. Dynamika, ciągły ruch. Raz jest tak, za chwilę inaczej. Ale On ciągle ten sam. Wczoraj i dziś. I na wieki. Trzecie szarpnięcie. Potem ważne rozmowy z bliskim człowiekiem i na końcu uwielbienie w czwartkowy wieczór. Melodia ukochania.

To niesamowite jak wiele może się zmienić w drewnianej, nieznośnie skrzypiącej ławce z widokiem na Kościół uwielbiający. Jak wiele może zmienić jedno zdanie słyszane już setki razy.

Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.

Rdz 1, 1

I w jednej chwili całe to moje wewnętrzne pustkowie, cały ten bezład, wątpliwości – wszystko to nabrało sensu, bo doświadczyłam, że nad tą ciemnością unosi się Duch Boży. On tam ze mną był. Nie wiem czy rozczuliło mnie coś kiedyś bardziej niż to, że mnie znalazł. Znowu. Że to prawda, że Sam szuka, że przyprowadza, że nakłada pierścień na palec i namaszcza głowę olejem. I to doświadczenie Miłości chciałabym przekazać dalej. Teraz wiem, że będę to robić ciągle nieumiejętnie, ciągle pokracznie i nie tak, jak być może ja czy inni by tego oczekiwali, ale w obliczu nadziei, że już nie tylko własnymi siłami. Dlatego całuję w sercu Jego stopy, za to, że ciągle, nieprzerwanie od 27 lat mojego życia na ziemi chcą do mnie i po mnie przychodzić.

Niech mi wystarczą dobra Twego domu. – kiedyś często modliłam się tymi słowami z psalmu, bo nie wierzyłam, że wystarczy mi to, co już jest. Dzisiaj, odkrywam powoli, że nieśmiało zaczyna mi to dobro wystarczać. Zaczynam zauważać, że mam wiele, że pewnych głodów, drugi człowiek mi nie wypełni i że muszę nauczyć się z tym żyć. I choć to trudna nauka, to oddycham, działam, przeżywam i doświadczam ogromnego dobra Jego domu, Jego świata. I niech mi to dobro wystarczy. Niech nie chcę ciągle więcej i bardziej idealnie.

Święty Franciszek na asyskich ulicach krzyczał, że Miłość nie jest kochana. Myślę sobie, że ta prawdziwa Miłość, która jest przeciwieństwem wygody i egoizmu nie jest atrakcyjna w oczach współczesnego świata. Czasami po ludzku mi nie wystarcza, potrzebuję kalkulować korzyści. Nie zawsze chce mi się za Nią iść. Ale nie iść za Nią już nie potrafię.

W jutrzejszej Ewangelii, Kościół usłyszy “Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię”. Życzę ci, drogi czytelniku, byś w ciszy swojego bycia przy Jego jaźni, w czułości tego spotkania, nabrał pewności, podniósł głowę i wstał. I mówię ci dzisiaj: bądź dobrej myśli! Bo nad tym, być może, pustkowiem i bezładem wydarzeń twojego życia naprawdę unosi się Duch Tego, który woła cię tak, jak jeszcze nikogo nie wolał. I idzie. Słychać Jego kroki. Można już zauważyć ślady na piasku. Wyprostuj Mu drogę do ciebie.

Dodaj komentarz