Dobrze jest czekać w milczeniu ratunku od Pana

Wielki Tydzień i w sercu wielka cisza. I to taka, która trwa już nieprzerwanie od kilku miesięcy. Po czasie buntu, niezrozumienia, gniewu, przychodzi czas na spokojne dobrze jest. Takie niewymuszone i nieoczekujące zbyt wiele. Powoli dociera do mnie, że nie zatrzymam Go w swoich schematach, nie zamknę Go w swojej konserwie myślenia – On zawsze będzie inny, niż sobie Go wyobrażam. W końcu codziennie czyni wszystko nowym, świeżym. Rozsiadam się zatem wygodnie w tytułowym Słowie – Dobrze jest czekać w milczeniu ratunku od Pana (Lm 3,26). Dobrze jest…

Coraz bardziej rozgaszczam się w tej myśli. I w tym, że ta fascynująca historia odkrywania Go w moim życiu, spotykania w wydarzeniach czy w człowieku, zupełnie jak moje życie – zmienia się, ale się nie kończy.

W tle pali się świeca o zapachu olejku nardowego, tego samego, którym namaściła Jezusowi stopy Maria, kiedy przebywał w jej domu, w Betanii. Słodki zapach miłości. Dzisiaj utożsamiam się z Marią, tą, która nie miała okazji spotykać Go często, ale jak przychodził, to cała była zanurzona w tym spotkaniu; to wylała na Jego stopy najdrogocenniejszy olej. Funt, czyli około 300g takiego olejku kosztował w czasach Jezusa tyle, ile roczna pensja robotnika. Czy umiem stracić? Stracić całe to swoje “bogactwo” gromadzone przez ostatnie lata – swoje spojrzenie na Niego, takiego jakim znałam Go dotychczas? Swoje marzenia, swoją codzienność, swoje oczekiwania lub wizję na tę naszą relację i każdą inną?

Nie wiem czy potrafię, wiem, że chcę. Bo urzeka mnie, że choć przychodzi cały czas inny, to jednak tak samo bliski. I troszczy się o to, by mówić do mnie takim językiem, by moje serce zrozumiało.

Może tak już będzie – że i z mojej i z Jego strony będzie pojawiać się milczenie, może minie wiele czasu zanim znowu zatrzyma się w moim domu, ale jesteśmy. I ja i On. Obecni obecnością, która na ten moment nie potrafi być inna i jest po brzegi wypełniona Sensem. Pomimo. Dobrze jest czekać w milczeniu.

I pewnie jeszcze wiele razy, za świętym Franciszkiem będę błagać: przemów do mnie, przemów do mnie, błąkając się gdzieś po swojej własnej górze Alwerni. Jeszcze wiele razy mi się ta moja poukładana rzeczywistość rozpadnie, dopadną mnie wątpliwości, będzie ciemno i nie będę wiedzieć, gdzie iść. Ale też wiele razy odkryję, że tak jest dobrze, że nie muszę za wszelką cenę z tego stanu wychodzić, że On, już jest w tej ciemności. W tej i w każdej innej, w którą pójdę wychodząc za Judaszem z wieczernika.

Dzisiaj jednak, jak uczeń, którego bardzo umiłował, próbuję położyć głowę na Jego sercu. Odpocząć i oddychać w rytm Serca, które powołało mnie do istnienia. Przyglądam się słowom z Testamentu Franciszka: I nie chcieliśmy mieć więcej. Za każdym razem dotykają z taką samą intensywnością, bo jest w akceptacji tego, w jakim stanie jest moje serce mnóstwo wolności. Nie chcieć więcej, ponad to, co jest dzisiaj. Rozsmakować się w tym co inne, niż było dotychczas. Pozwolić sobie na bycie przyjętą. Moja wiara jest mała, ale Ewangelia w moim życiu tak samo się wydarza, jak wcześniej; choć pojawia się dużo ciszy i milczenia, to Jego Słowo jest nieprzerwanie tak samo głośne.

Pozwalam sobie zatem odkrywać, że chrześcijaństwo potrafi stracić. Nadaje naszym sercom woń olejku nardowego, pobudza pragnienie, by rozlewały się na stopy Boga i tych, których nam daje. Tracimy. I to niejednokrotnie bardzo wiele. W imię Miłości, która cała się oddała i nie zapomniała przy tym uczynić nas, łotrów, ludźmi przeogromnej nadziei, obdarowując spojrzeniem i słowami dziś ze Mną będziesz w raju.

Dodaj komentarz