Nazwałem was przyjaciółmi

Kilka miesięcy temu, dokładnie 14 września, wspominałam pewien wieczór w kościele na Loretańskiej zapisując tutaj:

Siedziałam w ostatniej ławce i oddychałam Słowem. Ksiądz Grzywocz opowiadał kiedyś o Litanii do Serca Pana Jezusa jako o podręczniku przyjaźni. I w tamtym momencie było w powietrzu coś, co tę przyjaźń budowało, co scalało moją jaźń z Jego; co z każdą sekundą, z każdym zawołaniem zmiłuj się nade mną stwarzało moje zaufanie. Jak niewierny Tomasz dotykałam tego Serca i nie wierzyłam, że jest na mnie otwarte. Że w tym nieplanowanym spotkaniu, tka się mój materiał na kochanie – Jego, siebie i drugiego człowieka.

Dzisiaj w tym samym kościele mogłam uklęknąć wobec Jego pomysłu na mnie, wobec Jego stałości w relacji do mnie, wobec Jego słowa, które było słowem k o c h a n i a.

Dzisiaj podczas Eucharystii mogłam stanąć wobec Niego i przyznać szczerze, że jestem tu, tylko dzięki łasce, bo moja codzienność czasami nie jest przeżywana w bliskości, moje drogi jeszcze nie zawsze są Jego drogami. Te ostatnie miesiące były miesiącami ogromnego zmagania i szukania Go. I prawda, że mnie w tym wszystkim odnalazł, w tych najstraszniejszych zakamarkach zwątpienia i rezygnacji stała się dla mnie potwierdzeniem tego, jak bardzo mój Bóg jest Bogiem przyjaźni. Jak bardzo wszędzie tam, gdzie wydaje mi się, że Go nie ma, to jest i podtrzymuje.

Dzisiaj mogłam dotknąć Pana Boga, który spełnia marzenia; który na moje pragnienie odnalezienia swojego miejsca w Kościele odpowiedział hojnie i pobłogosławił mojej decyzji. W tym dniu składania profesji czasowych we Franciszkańskim Zakonie Świeckich pokazał mi, że najbardziej umykają rzeczy proste, oczywiste. Że Jego szczęście jest szczęściem cichym, prostym, zwyczajnym i dlatego właśnie tak bardzo prawdziwym, tak bardzo oczywistym. Takim, że gdy klęka się w małym kościele, w drewnianej ławce i ma się świadomość wspólnoty to nagle cały świat zaczyna Nim pachnieć, bo prawdziwie nas spotkał.

Dzisiejsze profesje, były dla mnie wyrazem Jego przyjaźni, że już nie nazywa mnie sługą, że wychował mnie z postawy sługi, niewolnika, kogoś, kto nie jest samodzielny, musi ciągle robić to co inni powiedzą, do postawy przyjaciela. Pokazał drogę od posłuszeństwa pełnego lęku, do otwartego bycia przy Jego Sercu, dzięki łasce, którą mnie Pan obdarzył.

Po trudnych latach liceum, studiów, samotności życia w wielkim mieście, wydobył mnie z nieumiejętności budowania więzi. Będąc otoczoną dobrymi ludźmi, moimi ludźmi, moimi teraz już siostrami i braćmi nie mogłam się temu nadziwić, bo całe życie obawiałam się, że Go nie rozpoznam, jak uczniowie w drodze do Emaus i w postawie ” a myśmy się spodziewali”, “a ja się spodziewałam”, zamknę się w swoim nie potrafię.

Dzisiaj zamykam oczy, widzę Brata Roberta, od którego “wszystko się zaczęło” i Jolę, z którą ostatnio śmiałam się do łez przy wspólnotowym stole, widzę brata Łukasza wyjaśniającego z pasją pisma świętego Franciszka, widzę roześmiane oczy Agnieszki przy moim składaniu profesji i Martę, z którą każda rozmowa jest dla mnie wsparciem. Widzę Janę, z którą z zapałem ustalałam dzisiaj w zakrystii po której stronie iść w procesji by usiąść w ławce na właściwym miejscu i uśmiecham się do tego wspomnienia. Widzę Sylwię, z którą ustawiłam się po uroczystości do wichrowych zdjęć po uroczystości i Michasię, z którą wypiłam dzisiaj conajmniej 3 kubki soku miętowo-jabłkowego; widzę Agę, z którą jedno przytulenie mówi więcej niż tysiąc słów i Madzię, z którą, jak się nie widzimy, to jakoś tak pusto i wyjątkowo mocno czeka się na spotkanie, widzę Agatę, która jest dla mnie świadectwem służby i Krysię z którą zawsze miło porozmawiać i tak po prostu być; Dorotę, której opowieści o górskich wędrówkach smakują jakoś tak pełniej i Pawła, z którym w kwestii uważności i życia slow doskonale się rozumiemy; widzę Kasię i podziwiam sobie po cichu jej zaangażowanie w Kościele i Bogdana, z którym ze zdziwieniem odkryłam, że jego znajomi są moimi znajomymi, widzę brata Rysia i wspominam tak cudnie zaśpiewany przez niego psalm. Widzę ich wszystkich dzisiaj oczami serca i dociera do mnie, tu, w małym mieszkaniu gdzieś w centrum Krakowa, że Pan dał mi braci!

Mój Bóg, jest Bogiem dobrym, miłosiernym, który uczy mnie kreatywności, powołuje do twórczego przeżywania życia, do radości i pasji, które źródła mają w ubóstwie i prostocie. Do przyjaźni. Który przychodzi i mówi: ku wolności cię wyswobodziłem, Edyta. Który cierpliwie udowadnia mi, że jest we mnie odwaga by odsłonić swoje serce ze świadomością, że może zostać przebite i ta prawda już mnie nie zniewala.

I gdybym mogła sobie czegoś życzyć, to życzyłabym sobie tylko tego, by mieć takie serce, by drugi człowiek miał ochotę przyjść i do tego serca się przytulić, tak jak przytulił się święty Jan do Serca Tego, którego miłosierdzie poprowadziło mnie dzisiaj z ciemności do Światła.

Dodaj komentarz