Miłość pierwotna

Dzisiaj odkrywam w sobie Martę. Odkrywam niepokój związany z tym, że wiele nie idzie po mojej myśli, że ginę, bo nie dzieje się tak, jak ja sobie zaplanowałam. Jak ona, jestem porwana przez sytuacje dnia codziennego, przez ciągłe robienie czegoś, przez rzeczy, o których trzeba myśleć, zaplanować, zrobić. I przybiegam do Niego, żeby się poskarżyć: Czy jest Ci to obojętne? Nie obchodzi Cię, że nie daję sobie rady? Ciekawe, że zwrot, który Marta kieruje do Jezusa, jest dokładnie tym samym zwrotem, który wypowiedzą apostołowie do śpiącego w łodzi Mistrza, podczas burzy na jeziorze: Nie obchodzi Cię, że giniemy? Nie obchodzi Cię, że ja ginę? – pisałam 29 lipca, we wspomnienie św. Marty.

I taki właśnie jest czas tych ostatnich miesięcy. Poznawania siebie na nowo. Od stóp – zgodnie ze starożytnym powiedzeniem, że człowieka poznaje się od stóp, od jego kroków. Z uwagą patrzę na kroki, które stawiam – jednych nie rozpoznaję, drugie wydają mi się bliskie, znajome, tak, jak bliskie i znajome są twarze tych, którzy pomagają mi Go spotkać, tam, gdzie ja już nie wierzę, że może się to wydarzyć.

Czasami dzieją się takie piękne, deszczowe wieczory, gdzieś w górskiej, malowniczej miejscowości w Beskidach, kiedy siadam naprzeciwko człowieka, piję z nim piwo, choć zdecydowanie bardziej wolę dobre, włoskie wino i czytam na głos Słowo, które mnie spotyka. Całą. Które, wypowiadane, wibruje mi w sercu w dobrze znanym mi rytmie pierwotnej miłości. W całości integruje się z tym, kim jestem i z tym co przeżywam. A przeżywam wiele – trudności w pracy, rozterki w relacjach, poszukiwanie Sensu. Naprzeciwko mnie ikona św. Franciszka z Asyżu i św. Klary oraz krzyż św. Damiana – jest szczególny, bo jako ikona został przeniesiony do regionu Umbrii przez mnichów syryjskich, a jego celem było wzmocnienie wiary u tego, który na niego patrzył.

Biorę do ręki Pismo Święte i kilka sekund później słyszę swój głos, który wypowiada powoli słowa z Listu do Kościoła w Efezie:

Znam twoje czyny: trud i twoją wytrwałość, 
i to że złych nie możesz znieść, 
i że próbie poddałeś tych, którzy zwą samych siebie apostołami, a nimi nie są, 
i żeś ich znalazł kłamcami. 
Ty masz wytrwałość: 
i zniosłeś cierpienie dla imienia mego – 
niezmordowany. 
Ale mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości. 
Pamiętaj więc, skąd spadłeś, 
i nawróć się, 
i pierwsze czyny podejmij! 

Czytam i płaczę, bo po raz kolejny doświadczam Boga, który jest obecny, który nie odwraca spojrzenia od tego co się dzieje we mnie i wokół mnie, który prawdziwie jest Bogiem żywym, który jest moim Początkiem i moim Końcem.

Jest wszędzie tam, gdzie jest mój początek. Gdzie rodzą się nowe pomysły, przygody, gdzie poznaję nowych, pięknych ludzi, gdzie powstają serdeczne więzi i gdzie śmieję się głośno; gdzie stawiam z odwagą czoła nowym wyzwaniom, gdzie mnie ubogacają okruchy codzienności.

Ale przenika swoją obecnością też każdy mój koniec. Jest wszędzie tam, gdzie doświadczam ograniczenia, limitu. Jest gdzieś w czterech ścianach, w poczuciu, że sobie nie poradzę, że coś jest za trudne, że nie mam zasobów; w niepewności i w morzu wątpliwości, w bezsensowności spotkań i codziennych momentów.

To Bóg, który mnie rozpoznaje po to, bym ja sama mogła rozpoznać siebie. To Bóg, który w sytuacji cierpienia, trudności, zmagania, które mogą mi zasłonić Jego obraz, pozwala się zobaczyć. Pozwala doświadczyć nowego objawienia Siebie, jako tego, który jest ciągle Inny. I jest w tym wszystkim dla mnie mnóstwo nadziei i pokoju.

To Bóg, który mówi znam, ale i rozeznaję. Znam twoje kroki, wszystkie twoje ścieżki są Mi znane. Ale i rozeznaję, czyli jestem tam z tobą, patrzę spojrzeniem przenikającym każdą chwilę, by nadać jej sens, byś ty sama mogła rozpoznać w niej siebie, ale i Mnie. I by mogła ona przejść drogę z ciemności do światła.

Taki jest mój Bóg. Przychodzący gdzieś między piwem, a oczami zaszklonymi od łez; gdzieś między swoim Słowem i słowem drugiego człowieka; i wreszcie, gdzieś między krzyżem, a radością spotkania. W atmosferze Miłości pierwotnej – tej pierwszej, z której powstałam ja i całe to moje skomplikowane wnętrze, któremu ciągle uczę się ufać.

Dodaj komentarz